Rosyjski klasyk, gruziński reżyser, aktorzy Teatru Nowego w Zabrzu. Efekt - intrygujący! Z NOTATNIKA RECENZENTKI - Henryki Wach-Malickiej 20 listopada 2017 Dziennik Zachodni

Dawno nie słyszałam tak gorących dyskusji, jak po sobotniej premierze „Wiśniowego sadu” w Teatrze Nowym w Zabrzu. To najlepsza rekomendacja; nie ma przecież niczego gorszego w sztuce niż obojętność widzów.

Zobacz dzisiejsze wydanie internetowe Dziennika Zachodniego


Ogień (ważny zresztą w epilogu spektaklu) podłożył gruziński reżyser David Mgebrishvili, który zaproponował oryginalną, choć i ryzykowną, interpretację klasycznego dzieła. Krótko mówiąc: wszystko jest w niej jakby wbrew Antoniemu Czechowowi, a jednocześnie wprost z niego. Na tej sprzeczności opiera się emocjonalna siła zabrzańskiej inscenizacji.

 

Niepokój atakuje nas już przed rozpoczęciem spektaklu. Wchodzimy na widownię przy otwartej kurtynie. Na scenie nie ma jednak stylowych mebli, nie majaczy w oknie sad, nikt nie wnosi samowaru. Nie ma życia po prostu. Bo ten dom już nie istnieje. O tym, że kiedyś się tu rodzono, kochano i umierano, świadczą tylko puste szuflady i kilka zabawek. Świetna scenografia Tamri Okhikiani wyznacza oś interpretacyjną - Raniewska i jej krewni nie przyznają się, nawet przed sobą, do tego, że już wydali wyrok na rodzinne gniazdo. Snują się po tym domu jak duchy, jak postacie ze snu. A że będą pięknie opowiadać o sentymentach i wracać do wspomnień?

Robią to dla spokoju sumienia i na użytek innych; przecież wypada użalić się nad okrutnym losem. W rysunku postaci, reżyser niemal rezygnuje z lirycznego ciepła, „kanonicznego” w teatralnej tradycji „Wiśniowego sadu”.

Tym razem bohaterowie są zaskakująco zimni, jakby pozbawieni uczuć, a w relacjach z innymi kryją się za maskami - egzaltacji, drwiny, udawanego smutku. Gdy jednak wydaje się to nam nadużyciem wobec Czechowa, reżyser nagle wprowadza intymne monologi, w których - już wiernie za autorem - bohaterowie ukazują swoje prawdziwe, poharatane wnętrza. Nieszczęśliwi, przygnębieni, upatrujący jednak jakiejś nowej szansy w życiu „po wiśniowym sadzie”.

Mnie się taka interpretacja Czechowa bardzo podoba. Pokazuje, jak wieloznaczna to sztuka, jak różnie można ją (wciąż!) czytać i jak wiele mówi o człowieku. Przekonuje mnie też dystans do tekstu, podkreślony, poniekąd prywatnym, wychodzeniem aktorów z roli.

I doceniam wysiłek aktorów. Danuta Lewandowska w roli Raniewskiej to kobieta utkana z lekkomyślności i goryczy. Rewelacyjna jest Anna Konieczna jako Ania; niby w kontrze do schematu słodkiej, romantycznej nastolatki, w duszy porażająco delikatna. Andrzej Kroczyński jako Łopachin - bardziej niż miłością kierujący się zemstą nad dziedziczką.

Mam natomiast zastrzeżenia do samej inscenizacji. Kompletnie nie sprawdza się wyprowadzenie części akcji na widownię. Widzom trudno cokolwiek zobaczyć, a słuchać nudno. Po drugie: przy tak maksymalnym skondensowaniu tekstu, liczne minuty ciszy zakłócają rytm narracji. Nawet jak na Czechowa, który kochał ciszę na scenie, jest ich za dużo i trwają zbyt długo. Ale i tak polecam.

 

tekst oryginalny: http://www.dziennikzachodni.pl/wiadomosci/zabrze/a/teatr-nowy-wisniowy-sad-rosyjski-klasyk-rezyser-gruzin-aktorzy-z-zabrza-z-notatnika-recenzentki,12690124/