XIX FDW GDY PRZYJDZIE SEN… / GDY PRZYJDZIE SEN

To zdecydowanie nie będzie miło” – tak Zbigniew Stryj podczas dyskusji z aktorami, wyraził swoją opinię o spektaklu Małgorzaty Bogajewskiej. I trudno się z nim nie zgodzić. Zdecydowanie nie było ono lekkie, ale było z całą pewnością niebanalne i nie sposób o nim napisać recenzji, która nie odebrałaby dziełu tego efektu zaskoczenia, który stanowi o jego sile. Już od samego początku trzyma ono w napięciu, nie wypuszczając widza aż do chwili, gdy ostatni śpiew powoli zamiera wśród ciszy.
A co się właściwie stało w tym kotle między dwoma górami, w którym leży wieś Borówka. Albo w Warszawie. Zresztą, czy to ważne gdzie?

Od pierwszych chwil czuć jakiś nieuchwytny niepokój, jakieś zdenerwowanie, lecz nie wiadomo jeszcze, co będzie główną osią fabuły. Cała wieś zasiada na ustawionych przy ścianie krzesłach. Nagle pojawia się postać młodej, trzydziestoletniej kobiety. Akcja zaczyna nabierać tempa. Ktoś ciężko dyszy po prawej stronie sali, ktoś łypie na kobietę nienawistnym okiem. Rozpoczyna się seria monologów, która ma opisywać postać na środku sceny – wszyscy zwracają się do niej, lecz ona ich nie słyszy, nie widzi. Równocześnie ona sama czyta swoje kwestie, zaczyna wyrażać to, co jej na sercu leży, lecz sytuacja powtarza się w drugą stronę. Kobieta jest na tym świecie bez wątpienia – nie jest już jednak dla świata, parafrazując Mickiewicza. Akcja wciąż się rozwija, wszystkie postacie wchodzą ze sobą
w ciekawe relacje, granica między tym, co teraz, a przeszłością zaciera się, lecz nigdy nie zanika. Cały spektakl charakteryzuje ta właśnie płynność czasowa, co wprowadza widza w stan filozoficznej zadumy. A w tym wszystkim wybija się, błyszcząc ponad kurzem i błotem Borówki, gra aktorska. Prawdziwe mistrzostwo!
Kompozycja sceniczna i dobór rekwizytów zaskakuje prostotą. Nad akcją dramatu złowieszczo zawisa wiadro i długi łańcuch. Oprócz kilkunastu krzeseł, popielniczki oraz gaśnicy niewiele się na deskach teatru znajduje. Jednak bogactwo scen, które ukazali na tej skromnie urządzonej przestrzeni aktorzy Teatru Ludowego w Krakowie, jest niebywałe – to samo miejsce służy za stodołę, remizę, rynek miasta oraz sypialnię. Może się to wydawać w gruncie rzeczy niehigieniczne, natomiast nie sposób zaprzeczyć, że uwydatnia to kunszt reżysera oraz wyobraźnię aktorów, którzy w takich niesprecyzowanych warunkach odegrali swoje role z wielkim zaangażowaniem.
Laury oklasków z widowni, przedłużających moment rozstania się Zabrzan z krakowskim teatrem, słowa uznania i podziękowania za doświadczenie, którym obdarowali widzów artyści, wygłaszane podczas dyskusji po spektaklu, świadczą o ogromnym sukcesie, jaki odnieśli nasi goście z Krakowa, bo dali nam przeżyć coś, co wymyka się prostym klasyfikacjom, coś w swojej prostocie – wyjątkowego.

Paweł Hetman

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.