XIX FDW NIEMOŻNOŚĆ / BEA

Często mam okazję oglądać sztuki o śmierci, cierpieniu, bólu – mogę więc stwierdzić, że ta tematyka stała się dla mnie z lekka przeżytkiem; nie wzruszam się na spektaklach tak łatwo jak kiedyś, ba! mam nawet wrażenie, że oglądając przedstawienia o tej problematyce bardzo łatwo przychodzi mi porównywanie ich między sobą. Oczywiście, staram się odsuwać od siebie płynące zewsząd powtarzające się motywy lub inspiracje – chcę, aby każda scena była dla mnie czymś zaskakującym i nowym. Niestety, “Bea” zawiodła mnie w prawie każdym z tych aspektów.

Zastanówmy się, co dla nas jest najważniejsze w sztuce. Aktorzy i ich umiejętności? Przesłanie, morał historii? Scenografia, a może oprawa dźwiękowa? Nie, my najbardziej zwracamy uwagę na cechy, które dzielimy z postaciami, na wspólne przeżycia, w ich charakterach szukamy własnych dziwactw i lęków. Dopiero kiedy znajdziemy bohatera, z którym łatwo nam się utożsamić, całe przedstawienie nabiera dla nas znaczenia, dopiero wtedy się w nie wczuwamy.

Może to więc źle, że zamiast szukać mojego ja na scenie, widziałam tylko przeciętną fabułę kręcącą się wokół poważnie chorej Bei, przyjaciela-pielęgniarza, który dużo bardziej nadawałby się do Jesus Christ Superstar jako cheerleader, oraz jej matki, ciągle poruszonej odejściem męża. Dlaczego więc, zamiast wypatrywać okruchów moich przeżyć, patrzyłam na niedokończone wątki, błahe rozmowy rodem z windy oraz manipulację świateł, które starały mi się mówić kiedy być smutną, kiedy się śmiać, a kiedy łezka wzruszenia ma zmyć mój makijaż.

Ani w fabule, ani w postaciach, nie zauważyłam niczego nowego, czego nie mogłabym opisać jako „smutne życie”, a przyznajmy – to o wiele za mało, żeby mówić o niecodziennym zjawisku na scenie. Patrząc na każde przedstawione zdarzenie z perspektywy kilku godzin, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ta sztuka mogłaby być o połowę krótsza i nic by nie straciła. Jednym z niewielu pozytywnych aspektów, jakich doszukałam się w całej historii, jest wątek pisania listu do mamy. Większość z nas nie ma odwagi mówić o śmierci swoich rodziców, partnerów, czy nawet zwierząt; Bea natomiast, chcąc zmiany, musiała porozmawiać o swoim odejściu z osobą, którą najbardziej kochała, i która ją kocha najbardziej. Wtedy bardzo uderzyły mnie słowa jej matki, która lamentując, stwierdziła, że język znajduje słowo na owdowiałą żonę, na osierocone dziecko, ale nie ma w słowniku, wyrazu określającego rodzica, któremu zmarło dziecko, jakby nawet język nie mógł sprostać rozmiarowi tej rozpaczy.

Nie da się ukryć – spektakl “Bea” bez wątpienia wnikliwie analizuje tragedię ludzi sparaliżowanych, dotkniętych nieuleczalną chorobą – pokazuje nam, że każdy z nich, każdy z nas, chce normalnego życia: miłości, śmiechu, tańca, imprez, smutku, a nawet złamanych serc. Bo to właśnie one, emocje, działania, gesty, dają sens naszemu istnieniu. Gdyby je nam odebrano, bylibyśmy tylko marnym płatem skóry.

Marta Winkiel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.